Palące słońce bezlitośnie smażyło afrykańską sawannę. Piasek parzył stopy, powietrze drżało od gorąca. Dwa lwy — samiec i samica — szły po spalonej równinie w poszukiwaniu wody. Ich kroki były ciężkie, oddech nierówny. Kilka tygodni bez jedzenia i wody uczyniło z nich niemal duchy. Ale samiec nie opuszczał swojej partnerki — szedł tuż obok, osłaniając ją od wiatru i innych drapieżników.
Gdy dotarli do granic rezerwatu „Mikado”, już zauważyli ich strażnicy — Sifa i Namsa. Doświadczeni opiekunowie przyrody od razu zrozumieli: te lwy przybyły z daleka. Wyczerpane, osłabione, ale wciąż dumne.
Początkowo drapieżniki były czujne — warczały, obserwując rzekę, do której dotarły. A potem strażnicy zauważyli: lwica ledwo się porusza, jej oddech jest ciężki. Czekała na młode. I wtedy mężczyźni pojęli — bez pomocy nie przetrwa.
Wszystko działo się o świcie. Lwica padła przy dużym kamieniu, oddychając spazmatycznie. Samiec warczał, krążył wokół, nie dopuszczając nikogo. Ale gdy Sifa i Namsa zbliżyli się — nie ze strachem, lecz z determinacją — nagle ucichł. Po prostu patrzył. Jakby rozumiał.

Strażnicy wiedzieli: jeden fałszywy ruch — i wszyscy mogą stracić życie. Ale nie wycofali się. Namsa cicho przemawiał do lwicy, jak do człowieka. Sifa przygotował strzykawkę z środkiem przeciwbólowym, starając się działać powoli i precyzyjnie. Kilka sekund — i lek zadziałał.
Minęły dwie godziny. W rozgrzanej ciszy sawanny słychać było słabe piszczenie. Spośród łap lwicy wyłonił się maleńki lwiątko. Było przy życiu.
Łzy napłynęły Namsie do oczu — po raz pierwszy od wielu lat służby widział coś takiego. Lwica, lekko podnosząc głowę, polizała maleństwo. Samiec podszedł bliżej i ostrożnie dotknął nosem młodego. Wszystko wokół zastygnęło. Nawet wiatr ucichł.
Strażnicy stali obok w milczeniu, nie mogąc wydobyć z siebie słowa. Patrzyli tylko, jak życie rodzi się na ich oczach — dzikie, czyste, prawdziwe.

Po kilku dniach lwica odzyskała siły. Malucha nazwano Mosi — co oznacza „nowy początek”. Kiedy strażnicy po raz ostatni przyszli nad rzekę, by sprawdzić rodzinę, lwia rodzina stała na wzgórzu. Samiec podniósł głowę i spojrzał na ludzi. Nie ze złością. Z wdzięcznością.
Od tego czasu Koto, Lea i mały Mosi stali się legendą rezerwatu. Strażnicy często wspominali tamten dzień — dzień, kiedy człowiek i zwierzę stanęli obok siebie, bez strachu i wrogości.
Czasem cuda zdarzają się nie w świątyniach, lecz tam, gdzie życie i śmierć idą ramię w ramię — pod palącym słońcem sawanny, gdzie człowiek po prostu nie może przejść obok czyjegoś cierpienia.