Myślałam, że będę miała dziesięcioro dzieci… ale to, co lekarz odkrył podczas cesarskiego cięcia, pozostawiło wszystkich w osłupieniu.

Kiedy lekarz powiedział mi, że spodziewam się dziesięciorga dzieci, mój mąż prawie zemdlał.

Wciąż pamiętam tę scenę jakby to było wczoraj: leżałam na szpitalnym łóżku, ściskając rękę Daniela, podczas gdy doktor Harrison przesuwał ultrasonograf po moim ogromnym brzuchu.
Jego zwykły uśmiech powoli znikał. Marszczył brwi, po czym nachylił się nad ekranem, niedowierzając.

— Emily… — wyszeptał w końcu —… spodziewasz się dziesięciorga dzieci.

Zaśmiałam się nerwowo, przekonana, że to żart.
Ale gdy powtórzył te słowa, w pokoju zapadła cisza.
Daniel mrugnął kilka razy, jego twarz zbielała.
— Dziesięć? — wyszeptał —… jeden-zero?

Doktor skinął głową.

Przez chwilę nie mogłam wydusić z siebie słowa.
Potem łzy zaczęły spływać po moich policzkach: mieszanina radości, strachu i czystego niedowierzania.
Dziesięć małych istnień w moim wnętrzu. Dziesięć serc bijących tam, gdzie wcześniej było tylko moje.

Tej nocy żadne z nas nie zmrużyło oka.
Leżeliśmy w łóżku, patrząc w sufit, próbując wyobrazić sobie niemożliwe: dziesięć kołysek, dziesięć butelek, dziesięć maleńkich dusz zależnych od nas.
Wtedy Daniel chwycił moją dłoń i powiedział:
— Jeśli Bóg da nam te dzieci, da nam też siłę, by je wychować.

Wieść rozeszła się po naszym małym miasteczku w Ohio jak pożar.
Wszyscy nazywali nas cudem Carterów.
Sąsiedzi przynosili pieluchy, ubranka, zabawki.
Nieznajomi wysyłali listy i modlitwy.
Niektórzy przychodzili tylko po to, by zobaczyć „mamę-cud”.

Uśmiechałam się do kamer, ale w środku byłam przerażona.
Mój brzuch rósł w zastraszającym tempie, a ból stawał się nie do zniesienia.
Każdej nocy budziłam się dysząc, obejmując brzuch, czując, że coś mnie rozdziera od środka.

W siódmym miesiącu już nie dawałam rady.
Daniel zabrał mnie pilnie do szpitala Santa Helena.
Doktor Harrison czekał na nas.
Spojrzał na ekran USG… i jego twarz zrobiła się szara.

— Emily — powiedział cicho — jedno z nich… to nie jest dziecko.

Zanim zdążyłam zapytać, co ma na myśli, fala bólu przetoczyła się przez moje ciało.
Rozległy się alarmy, pielęgniarki pobiegły.
— Natychmiastowe cesarskie cięcie! — krzyknęła jedna z nich.

Pamiętam błyski: jasne światła, zimno sali operacyjnej, głos doktora próbującego zachować spokój.
Pielęgniarka liczyła cicho:
— Siedem… osiem… dziewięć…

I nagle… cisza.

Kiedy się obudziłam, operacja była zakończona.
Ciało bolało, gardło wyschło, a Daniel siedział obok mnie, z czerwonymi oczami.
Chwycił moją dłoń i wyszeptał:
— Dziewięć, kochanie. Dziewięć małych wojowników.

Łzy zamgliły mi wzrok.
— A dziesiąte? — zapytałam ledwo słyszalnie.

Zawahał się przez sekundę.
— To nie było dziecko — powiedział drżącym głosem — to był mięśniak.
Dlatego tak bardzo bolało. Twoje ciało wierzyło, że chroni dziesięć istnień… choć jedno z nich nie było prawdziwe.

Płakałam. Nie z powodu choroby, lecz dlatego, że przez miesiące kochałam to „życie”, jakby było moje.

Kolejne tygodnie były najtrudniejsze w moim życiu.
Dziewięcioro dzieci było maleńkie, kruche, każde wielkości mojej dłoni.
Umieszczono je w inkubatorach, otoczone przewodami i monitorami emitującymi ciche sygnały.

Spędzałam godziny przy nich, dłonie przyłożone do szkła.
— Walczcie, kochani — szepczałam — Mama jest tutaj.

Lekarze nazywali je cudami.
Pielęgniarki płakały przy pierwszych ich płaczach.
Media mówiły o „Dziewiątce Carterów”.

Dwa miesiące później doktor Harrison uśmiechnął się po raz pierwszy od tygodni.
— Są wystarczająco silni, by iść do domu.

Tego dnia słońce wypełniało pokój w żłobku.
Mieliśmy trzy łóżeczka, po trzy dzieci w każdym.
Daniel patrzył i śmiał się przez łzy.
— Trzy na łóżeczko. Nieźle dla świeżo upieczonych rodziców.

Uśmiechnęłam się, ale poczułam ucisk w piersi.
— Czuję, że brakuje jednego… — wyszeptałam.

Przytulił mnie.
— Może niczego nie brakuje — powiedział czułym głosem — może po prostu przypomina nam, jak cenne są te dziewięć, które mamy.

Lata później nasz dom wypełnia hałas, bałagan i miłość.
Śmiech dziewięciorga dzieci rozbrzmiewa w każdym kącie.
Czasem, gdy je obserwuję, myślami wracam do tamtej sali w szpitalu: strachu, modlitw, chwili, gdy wszystko się zatrzymało.

Ludzie wciąż pytają mnie o dziesiąte dziecko.
Zawsze się uśmiecham i mówię:
— Dziesiąte nie przeżyło… ale nauczyło mnie, jak cenne są pozostałe dziewięć.

Bo cuda nie zawsze są idealne.
Czasem przychodzą z bólem i stratą.
Ale nawet w cierpieniu, życie znajduje swoją drogę.
A miłość… zawsze wygrywa.

Like this post? Please share to your friends: