Trzy miesiące wcześniej życie narratorki zostało nieodwracalnie zniszczone, gdy jej rodzice zginęli w pożarze domu, a ona została jedyną opiekunką swoich sześcioletnich bliźniaków, Caleba i Liama. Choć ledwo pamiętała sam akt ratowania ich, sama wyciągnęła chłopców z płomieni. Mark, jej narzeczony, był dla niej prawdziwą opoką; przytulił bliźniaków, którzy z czułością nazywali go „Morkiem”, i od razu zobowiązał się do ich adopcji. Ich starania o stworzenie nowej rodziny były jednak ciągle podważane przez matkę Marka, Joyce. Joyce nienawidziła chłopców, uważała ich za „balast” i „przypadki charytatywne”, które miały powstrzymać Marka od posiadania „prawdziwych dzieci”. Jej wrogość była bezwzględna i osiągnęła punkt kulminacyjny, gdy na rodzinnym przyjęciu urodzinowym odmówiła chłopcom kawałka ciasta — jawny akt okrucieństwa, który tylko umocnił Marka i narratorkę w ich wspólnym postanowieniu, by chronić chłopców.

Konflikt osiągnął punkt krytyczny, gdy narratorka była w krótkiej podróży służbowej. Joyce, widząc okazję, odwiedziła dom, gdy Mark był zajęty. Przekazała smutnym sześciolatkom jasno zapakowane walizki i opowiedziała im podłą kłamliwą historię: „To na przeprowadzkę do waszej nowej rodziny.” Złośliwie wytłumaczyła im, że są wysyłani, bo ich siostra czuje się winna, a Mark „zasługuje na swoją prawdziwą rodzinę”. Bliźniacy zostali w rozpaczy, płacząc i przestraszeni utratą jedynej stabilności, jaką mieli. Mark był w szoku i natychmiast zadzwonił do matki, która obronnie przyznała, że „przygotowywała ich na nieuniknione”. Ten akt emocjonalnego terroru przekonał parę, że zerwanie kontaktu nie wystarczy; potrzebowali stanowczej, publicznej konfrontacji.

Para opracowała plan, by podczas nadchodzącego urodzinowego obiadu Marka przedstawić ostateczne ultimatum i upewnić się, że Joyce wpadnie w pułapkę. Przy starannie przygotowanym stole zupełnie nieświadoma Joyce oczekiwała informacji o odebraniu chłopców, a jej oczy „świeciły” z niecierpliwości. Narratorka, drżącym głosem, ogłosiła, że oddaje chłopców, aby mogli być „zaopiekowani”. Joyce natychmiast się rozradowała, wyszeptała „WRESZCIE” i z pogardą pochwaliła Marka za „zrobienie tego, co trzeba”, nie okazując żadnego smutku ani wahania wobec losu chłopców. Ten złośliwy triumf wywrócił narratorce żołądek, ale jednocześnie potwierdził konieczność jej działania.

Mark zadał ostateczny, miażdżący cios: „Chłopcy nigdzie nie idą.” Poinformował matkę, że wszystko przekręciła, by pasowało do jej „chorej narracji”, i że wiedzą, iż dobro dzieci jest jej obojętne — liczył się tylko jej własny triumf. Następnie Mark ogłosił konsekwencje: „Dzisiejszy wieczór to nasz OSTATNI obiad z tobą.” Aby podkreślić zerwanie więzi, postawił na stole niebieskie i zielone walizki, które podarowała chłopcom, jako symbol jej okrucieństwa, i oznajmił, że zostały już spakowane dla osoby, która opuści rodzinę: niej samej. Wręczył jej list, w którym poinformowano, że została usunięta ze wszystkich kontaktów awaryjnych i tak pozostanie, dopóki szczerze nie przeprosi chłopców i nie podejmie terapii.

Ogłuszona, zalana łzami i w końcu przepełniona złością oraz poczuciem krzywdy, Joyce wybiegła na zawsze. Mark natychmiast odłożył surową postawę i pocieszył bliźniaków, którzy bawili się w chowanego na korytarzu, obiecując im, że są bezpieczni i kochani. Zdecydowanie powiedział: „Babcia Joyce odeszła i nigdy więcej nie będzie miała szansy wam zrobić krzywdy.” Para natychmiast złożyła wniosek o zakaz kontaktu i zablokowała wszelkie kontakty. Mark zaczął konsekwentnie nazywać bliźniaków „naszymi synami”. Ich natychmiastowym celem stało się dopełnienie formalności adopcyjnych, co oznaczało początek nowej rodziny zbudowanej na miłości i ochronie, w której chłopcom stale przypominano, że pozostaną „na zawsze i na wieki”.