Znalazłam bliźnięta z niepełnosprawnościami porzucone na ulicy i je adoptowałam – 12 lat później ich niespodzianka prawie mnie powaliła.

Dwanaście lat temu moje życie zmieniło się podczas lodowatej porannej trasy po śmieciach o piątej rano, kiedy na cichym chodniku znalazłam wózek z porzuconymi bliźniaczkami. Wtedy mój mąż Steven dochodził do siebie po operacji, a nasze życie było proste, ale napięte – praca, rachunki i cicha tęsknota za dziećmi, których nie mieliśmy. Kiedy zobaczyłam te maluchy, drżące z zimna, coś we mnie pękło. Zostałam przy nich, aż przyjechali policja i opieka społeczna, i patrzyłam bezradnie, jak je zabierają, wiedząc już wtedy, że nigdy nie zapomnę ich twarzy.

Tego wieczoru opowiedziałam Stevenowi wszystko, a zamiast strachu zaskoczyła mnie jego determinacja. Postanowiliśmy spróbować je przyjąć na wychowanie zastępcze, mimo że pieniędzy było niewiele, a przyszłość niepewna. Gdy opieka społeczna poinformowała nas, że bliźniaczki są głęboko niedosłyszące i wiele rodzin odmawia takich dzieci, nie wahałam się ani chwili. Przyjęliśmy je do siebie, nazwaliśmy Hannah i Dianą i rzuciliśmy się w naukę języka migowego, bezsennych nocy, papierkowej roboty i stromej krzywej nauki wychowywania dwójki dzieci o specjalnych potrzebach. Było to wyczerpujące i przytłaczające – a jednocześnie najszczęśliwsze, co kiedykolwiek przeżyliśmy.

Z biegiem lat dziewczynki dorastały, stając się bystrymi, ekspresyjnymi dziećmi o wyrazistych osobowościach. Hannah kochała sztukę i modę, podczas gdy Diana uwielbiała budować i rozwiązywać problemy. Walczyliśmy o tłumaczy, udogodnienia i szacunek, ucząc je – i świat – że bycie głuchym nie jest wadą. Od najmłodszych lat uczyły się stawać w obronie siebie, a nasz dom wypełniały migające ręce, ciche śmiechy i gorąca miłość. Nigdy nie mieliśmy wiele pieniędzy, ale mieliśmy sens życia.

Gdy miały dwanaście lat, wzięły udział w szkolnym konkursie projektowania odzieży adaptacyjnej, łącząc kreatywność Hannah z praktycznym myśleniem Diany. Zaprojektowały ubrania współgrające z aparatami słuchowymi i potrzebami sensorycznymi, które nie wyglądały „medycznie”. Byliśmy dumni, niezależnie od wyniku – ale kiedy zadzwoniła firma odzieżowa dla dzieci, mówiąc, że chce wprowadzić projekt w prawdziwą, płatną współpracę z przewidywanymi dochodami, które mogłyby odmienić nasze życie, prawie upuściłam telefon. Dziewczynki były oszołomione, emocjonalnie poruszone i zdezorientowane, ale szybko zrozumiały, że ich pomysły się liczą, bo powstały z własnego doświadczenia.

Tej nocy, gdy emocje opadły, dziewczynki przytuliły mnie i podziękowały, że je przyjęłam, nauczyłam się ich języka i nigdy nie traktowałam ich tak, jakby były „za dużo”. Później, sama, przeglądając ich zdjęcia z dzieciństwa, zrozumiałam prawdę: tamtego ranka nie uratowałam jedynie dwóch porzuconych niemowląt. One uratowały mnie, nadały mojemu życiu sens, kierunek i miłość większą niż wszystko, co kiedykolwiek znałam. Czasami rodzina nie jest planowana – odnajduje się ją, zamarzniętą na chodniku, i zmienia wszystko.

Like this post? Please share to your friends: