Popołudniowe niebo przybrało sinofioletowy odcień, po czym rozpętała się ulewa tak gwałtowna, że pobliski strumień zamienił się w wściekły, kipiący kanał. Wśród unoszących się szczątków mały, przerażony terier utknął na pękającej drewnianej skrzynce. Jego smycz zahaczyła o krawędź skrzynki, lecz drugi koniec zaplątał się w żelazną kratę ogromnego odpływu burzowego. Gdy poziom wody rósł, skrzynka zaczęła dryfować w stronę wiru, a lina z każdą chwilą się skracała. Każde uderzenie nurtu przyciągało psa bliżej ciemnego, ryczącego wlotu kanalizacji.
Mark nie zatrzymał się ani na chwilę, by pomyśleć o lodowatej wodzie czy sile prądu. Wszedł w nurt sięgający pasa, a jego buty natychmiast wypełniły się mułem. Napór wody był zdradliwy — naciskał na uda jak ciężka, stała masa. Rzucił się naprzód i dosięgnął palcami nasiąkniętej liny dokładnie w chwili, gdy skrzynka zaczęła się przechylać. Chwycił ją obiema rękami, zaparł stopy o zanurzoną betonową krawędź brzegu i odchylił się w tył, napinając mięśnie przeciw bezlitosnemu ciągowi odpływu. „Trzymaj to!” krzyknął do świadka na brzegu, choć jego głos niemal zginął w huku deszczu.

Nurt nagle przybrał na sile — fala spływającej wody uderzyła Marka w pierś, prawie zwalając go z nóg. W tej samej chwili lina naprężyła się do granic, drżąc pod ogromnym napięciem. Skrzynka zaczęła się rozpadać, a pies wydał z siebie przenikliwy, przerażony skowyt, gdy jego łapy ześlizgnęły się w zimną pianę. Mark wiedział, że długo nie wygra przeciągania liny z całym miejskim systemem odpływowym. Zmieniał pozycję, owijając linę wokół przedramienia i powoli zbliżając się do dryfujących szczątków, ryzykując, że sam zostanie wciągnięty pod wodę.
Z ostatnim, rozpaczliwym wysiłkiem Mark rzucił się naprzód. Zignorował piekący ból w ramionach i sięgnął po kark psa. Zwierzę, wyczuwając ratunek, rzuciło się w jego stronę, porzucając tonącą skrzynkę dokładnie w chwili, gdy ta została brutalnie wciągnięta w żelazne kraty odpływu. Mark cofnął się w kierunku płytszej wody przy brzegu, mocno przyciskając psa do piersi. Lina, teraz już bezużyteczna, ciągnęła się za nimi w mętnej wodzie, gdy świadek pochylił się, by pomóc im wydostać się na trawiasty stok.

Na mokrej, nasiąkniętej trawie Mark usiadł na chwilę, łapiąc oddech, gdy ulewa zaczęła słabnąć, przechodząc w lekką mgiełkę. Pies, drżący, ale cały i zdrowy, otrząsnął się energicznie, ochlapując Marka błotnistą wodą. Ten nie mógł powstrzymać śmiechu — nagłego uwolnienia adrenaliny, która pulsowała w jego żyłach. Sprawdził obrożę psa i znalazł numer telefonu, lecz zanim zdążył sięgnąć po wodoodporne etui, obok z piskiem zatrzymał się samochód. Wyskoczyła z niego spanikowana rodzina, a ich okrzyki ulgi rozniosły się po parku. Gdy podbiegli, by odzyskać swojego pupila, Mark oddał smycz i wstał, patrząc, jak jeszcze przed chwilą groźna woda zaczyna wreszcie opadać.