Szpitalna poczekalnia aż gęstniała od napięcia, lecz dla Thomasa prawdziwy koszmar rozgrywał się właśnie za drzwiami małego gabinetu zabiegowego. Przez grube, szklane skrzydło dostrzegł swoją siedmioletnią córeczkę, Lily, siedzącą bez ruchu na krześle. Nad dziewczynką pochylał się chłopak, na oko najwyżej szesnastoletni, w wyblakłej bluzie z kapturem. W dłoni trzymał osobliwe, metalowe urządzenie, które pulsowało mdłym, bursztynowym światłem. Nastolatek przysunął się niebezpiecznie blisko, kierując ów blask prosto w szeroko otwarte, nieskażone mrugnięciem oczy Lily. Serce Thomasa z łomotem uderzyło o żebra. Instynkt i pierwotny paraliżujący strach w ułamku sekundy wyparły jakiekolwiek racjonalne myślenie.
Naparł całym ciężarem ciała na drzwi, wpadając do środka z głuchym trzaskiem. — Zostaw ją! — ryknął Thomas, a w jego głosie pobrzmiewała czysta, ojcowska desperacja, gdy rzucił się do przodu, by powalić intruza. Był święcie przekonany, że ten obcy chłopak próbuje nieodwracalnie oślepić jego małą córeczkę, dopuszczając się jakiegoś potwornego aktu okrucieństwa. Nastolatek wzdrygnął się, lecz nie wypuścił aparatury z rąk; zamiast tego zaparł się mocno na nogach, osłaniając Lily własnym ciałem. W oczach chłopaka zaszkliły się łzy, gdy Thomas szarpnął go za ramię, próbując odciągnąć od dziecka.

— Błagam, jeszcze tylko pięć sekund! Na litość boską, daj mi skończyć! — wykrzyknął chłopak, a jego głos drżał, choć podszyty był niezłomną determinacją. Thomas zamarł na ułamek sekundy, z dłonią wciąż zaciśniętą na kurtce młodzieńca. W tej panicznej prośbie nie było ani krzty złośliwości — jedynie obezwładniająca, wycieńczająca dorosłość wyścigu z czasem. Lily siedziała za nimi idealnie spokojna, jakby urzeczona, zupełnie niewrażliwa na panujący wokół chaos. Wbrew wszystkim instynktom obronnym, które wyły w jego głowie, Thomas zawahał się. Poluzował uścisk na tyle, by spojrzeć na zegar odliczający ostatnie sekundy na przedziwnym ekranie.
Wypuszczając z płuc ostatni, spokojny oddech, chłopak kliknął urządzenie po raz ostatni. W powietrzu zawibrował cichy, ciepły pomruk, a łagodny błysk błękitnego światła rozświetlił twarz Lily, zanim gadżet całkowicie zgasł. Nastolatek opadł bezwładnie na stojące z tyłu krzesło, dysząc ciężko i drżąc z totalnego wycieńczenia. Thomas natychmiast odwrócił się na pięcie, upadając na kolana i biorąc twarz Lily w dłonie, z sercem podchodzącym do gardła i gotowy na najgorszy scenariusz. — Lily, kochanie, spójrz na mnie. Widzisz mnie? — wykrztusił gorączkowo.

Lily mrugnęła dwukrotnie, a to szkliste, nieobecne spojrzenie, które od miesięcy spędzało sen z powiek lekarzom, nagle bezpowrotnie zniknęło. Popatrzyła prosto w oczy Thomasa, a jej wzrok był ostrzejszy i wyraźniejszy niż kiedykolwiek wcześniej. Przez ostatni rok rzadka, postępująca choroba powoli odbierała jej widzenie, pozostawiając medyczne autorytety bezradnymi i skonsternowanymi. Teraz jednak matowe zmętnienie w jej źrenicach ustąpiło miejsca żywemu, zdrowemu blaskowi. Dziewczynka uśmiechnęła się szeroko, wyciągając rączki, by objąć swojego oszołomionego tatę. — Widzę zegar na ścianie, tatusiu — szepnęła radośnie. Thomas wpatrywał się w nią w absolutnym niedowierzaniu, a łzy płynęły mu po policzkach, gdy dotarło do niego, że ten tajemniczy chłopak wcale nie chciał skrzywdzić jego córki — on właśnie, w najgłębszym sekrecie, podarował jej cud.