Jeśli jest jedna rzecz, której możemy być pewni w przypadku Chrisa Pine’a, to tego, że nigdy, przenigdy nie pozwoli nam przewidzieć, w czym następnym razem się pojawi. Podczas gdy większość Hollywood w wolne dni próbuje zniknąć w tłumie, stawiając na dyskretny luksus i beżowe stylizacje, nasz ulubiony kapitan Gwiezdnej Floty właśnie wyszedł w Los Feliz, wyglądając jak ten fajny, artystyczny wujek, który sam robi kombuchę i zawsze ma najlepsze życiowe rady. I szczerze? Jestem absolutnie zachwycona każdym elementem jego stylizacji.

Prosto z zajęć tanecznych w lokalnym studiu — bo oczywiście Chris Pine chodzi na lekcje tańca, jakby potrzebował jeszcze jednego powodu, żebyśmy go uwielbiali — aktor postanowił zatrzymać się na filiżankę gorącej kawy. Zamiast jednak przebrać się w typowy domowy strój, całkowicie postawił na przytulny szyk po treningu. Dumnie wyszedł, mając na sobie niesamowicie kolorowy, wielobarwny kardigan narzucony na dopasowane sportowe legginsy. Jest chaotycznie, niezwykle wygodnie i doskonale pokazuje, że pewność siebie to tak naprawdę najlepszy dodatek do każdej stylizacji.
Prawdziwą gwiazdą tego looku nie jest jednak sam sweter. Chris może się obecnie pochwalić imponującą, cudownie potarganą czupryną oraz okazałą, w dużej mierze siwiejącą brodą. Gdzieś zniknął perfekcyjnie ogolony, nieskazitelny przystojniak z czerwonych dywanów, którego poznaliśmy dekadę temu. Na jego miejscu pojawił się za to wspaniały srebrny lis, który najwyraźniej od miesięcy nie zaprząta sobie głowy maszynką do golenia i doskonale się z tym czuje. Jest surowo, majestatycznie i emanuje maksymalną energią w stylu „żyję pełnią życia”.
Jest coś niezwykle odświeżającego w widoku wielkiej hollywoodzkiej gwiazdy, która całkowicie ignoruje niepisane zasady celebryckiego stylu ulicznego. Chwycił kubek z gorącą kawą, pomachał na pożegnanie i spokojnie ruszył w stronę zaparkowanego Porsche, zupełnie nie przejmując się światem. Nie próbuje wyglądać jak model poczas dnia wolnego — jest po prostu facetem, który lubi porządne dzianiny, solidną dawkę kofeiny i świetną sesję taneczną.

Dlatego składam niniejszym skromny wniosek, aby „Chris Pine po zajęciach tanecznych” stał się naszym wspólnym nastrojem na resztę roku. Życie jest zbyt krótkie na nudne ubrania treningowe i zamartwianie się, czy kardigan pasuje do legginsów. Włóż najjaśniejszy sweter, zaakceptuj fryzurę w stylu „bad hair day”, kup tę absurdalnie drogą latte i ruszaj przed siebie, jakby zachód słońca czekał właśnie na ciebie. Chris Pine żyje w roku 3026, a my wszyscy dopiero próbujemy dogonić jego poziom czystego, beztroskiego szczęścia.